Report no. 1 (by Milan Loviška)

May 1, 2012 in Milan Loviška, Residences 2012, Resident's text, Workshops

Milan Loviška
May 2nd 2012, Poznań, Poland

It has been 7 months from my acceptation to the MPRA program and finally the time of my residency has begun. After these 7 long months of searching for funding and organizing, I arrived to Poznan on Monday April 9th by train from Vienna. The city impressed me at 1st glance. I have no idea what I was expecting, but for sure not this (whatever that is). I heard from many locals, that they would wish the city and the buildings to be cleaner and in a better shape, but I think that the actual state has much more charm and looks (if we exclude the fact, that a lot is under the construction because of the EURO 2012). Read the rest of this entry →

Workshop: Gender and the Ideal

November 6, 2011 in Hannah Champion, National Museum in Poznan, Residences 2011, Resident's text, Workshops

Dzisiaj miałam warsztaty w poznańskim Muzeum Narodowym. Uznałam, że dobrze wypadły; pojawiło się kilka świetnych osób, które naprawdę zaangażowały się w dyskusję o kobietach w kulturze i reprezentacji kobiecości we współczesnej Polsce. Najpierw zajęłyśmy się radzieckimi plakatami propagandowymi, które wybrałam ze zbiorów działu plakatu muzeum. Rozmawiałyśmy o tym, jak można odbierać te plakaty i o tym, jaki obraz i przesłanie chciały one przekazać. Potem przeszłyśmy do Iris Marion Young i Augusto Boala, wykorzystując ich teorie i ćwiczenia, żeby poznać możliwości naszych ciał.

Po ćwiczeniach rozwinęła się fascynująca dyskusja – ten temat jest tak obszerny i kontrowersyjny, że nie można sie zgodzić z każdym, ale uważam, że właśnie przez to jest jeszcze ciekawszy. Słuchała opowieści o wszystkim, co wiąże się z życiem kobiet mniej więcej w moim wieku i o tym, jak dorastały jako kobiety w polskiej kulturze. Naprawdę zainspirowała mnie jedna z nich, która opowiadała o szacunku, jakiego doświadczyła ze strony otoczenia. Nie czuła, że musi dostosować się do jakiegoś ich wyobrażenia o tym, jaką ma być kobietą. Mimo to zastrzegła, że wolałaby nie określać się jako feministka, ponieważ w Polsce to słowo jest dość ryzykowne (tak samo jak w wielu innych krajach z powodu skojarzeń z „paleniem staników i nienawiścią do mężczyzn”). Dodała jednak, że jeśli przedstawi się swoje (feministyczne) poglądy, unikając tego niebezpiecznego słowa, większość zazwyczaj się z nimi zgodzi. Słowo „feministka” powoduje, że każda opinia i argument, nawet uzasadnione, są zbywane wzruszeniem ramion. Spotkanie z tymi kobietami i wysłuchanie ich opinii na ten temat było dla mnie bardzo pomocne.

Mam nadzieję, że one tez wyniosły coś z moich warsztatów, choćby tylko poczucie wspólnoty i pozytywne poglądy na nierzadko dość trudny temat.

Chciałabym podziękować Muzeum Narodowemu w Poznaniu za udostępnienie miejsca na warsztaty oraz działowi plakatu za inspirację do zainteresowania się plakatem i propagandą. Jest wspaniały, jeśli kiedykolwiek potrzebowalibyście pomocy w tej dziedzinie, gorąco zachęcam, żeby zgłosić się do nich. Bardzo mi pomogli i znaleźli dla mnie mnóstwo lektur, które jak ulał pasowały do moich pomysłów.

one

November 4, 2011 in Hannah Champion, Residences 2011, Resident's text

Tak więc wszystko zaczyna się od tego obrazka. To była pierwsza rzecz, którą zobaczyłam po przyjeździe do Polski i myślę, że całkiem nieźle mnie określa. Jestem artystką wizualną i filozofką z Dundee w Szkocji. Interesują mnie reprezentacja kobiet w kulturze i mediach społecznościowych, zinstytucjonalizowany nadzór i kara, konsumpcjonizm oraz ciasto.

To moja pierwsza wizyta w Polsce. Kiedy zobaczyłam kartkę, którą wymachiwała do mnie dziewczyna na lotnisku, od razu poczułam się mile widziana.

–  Myślałam, że będziesz ciasteczkowym potworem. – powiedziała Roksana z uśmiechem.

Pojechałyśmy do Poznania, mijając mieszaninę domów jak z klocków Lego, surowych pomników i zrujnowanych zabytków. Nie spałam od czwartej rano, więc czułam się dość niewyraźnie. Dziewczyny z M-pra zabrały mnie na śniadanie, które pozwoliło mi nabrać trochę sił i otworzyć oczy, a potem zaczęłam rozglądać się po okolicy. Po zjedzeniu talerza jajek sadzonych i orzeźwiającej kawie włóczyłam się po mieście godzinami.

Zaprzyjaźniłam się z portierem budynku, w którym mieszkam. Nie mówi po angielsku, a moja znajomość polskiego kończy się na “cześć” i “mała świnka”. Proszę go o klucz, uśmiechając się i wymachując rękami jak szalona. Kiedy nie rozumiem, krzyczy, coraz głośniej i głośniej, jakbym była stereotypową turystką. Potem śmiejemy się do rozpuku i dostaję klucz. Wypracowaliśmy sobie całkiem fajny układ.

Pierwszego wieczoru w Poznaniu Roksana zabrała mnie na kolejny spacer. Miasto pachniało zrudziałymi liśćmi i dymem. Zaszczekał pies, a Roksana powiedziała mi, że lubi ten dźwięk. Dotarłyśmy do katedry i przemknęłyśmy się przez drzwi o klamkach w kształcie ryb. Bezcielesny glos odbijał się od filarów. Mocny ton, słowa jak posolony, ciągnący się karmel, mruczące katolicką modlitwę. Znane, starodawne słowa. Budynek przemawiał do nas, kiedy stąpałyśmy po zabytkowych płytach. Po twarzach królów.

Opowiedziała mi o moście, po którym przeszłyśmy. Na jego otwarcie sprowadzono słonie i inne zwierzęta z zoo, a potem kazano im chodzić po moście cały dzień, żeby ludzie przekonali się, jaki jest trwały. W powietrzu o kolorze czekolady z pomarańczą słoniowy most wyglądał na solidny. Roksana przypomniała sobie, jak jest “smog” po angielsku, a ja zaśmiałam się w szalik.

Mój nowy dom znajduje się niedaleko Starego Rynku. Przed budynkiem jest targowisko, pełne olbrzymich dyń, guzowatych cukinii i zniczy na dzień Wszystkich Świętych.


Jeszcze nigdy nie brałam udziału w obchodach tego święta. Drugiego dnia włączyłam się w ogólny nastrój refleksji. Porozrzucane znicze i kwiaty leżały wśród prawie pustych straganów. Dotknęłam srebrnych żyłek pajęczej sieci, która lśniła w listopadowym słońcu. Wróciłam tam, gdzie wczoraj, na cmentarz wojskowy. Wszystko było żółte; pod stopami chrzęściły stosy kruchych liści.

Dzieci o policzkach rumianych jak jabłka rozkopywały je, wymachując ramionami. Złote liście spływały strumieniami z drzew, zbierane przez kobiety, które trzymały w je dłoniach, okręcając je w palcach i wyginając łodyżki.

Minęły mnie dwie zakonnice o pomarszczonych policzkach i rękach założonych za plecy. Jedna uśmiechnęła się do mnie i nagle uświadomiłam sobie, ile dziur jest w moich rajstopach i jaką krótką mam spódnicę.

Jakiś chłopiec rozgarniał stos lisci, a jego siostra śmiała się, leżąc w dziecięcym wózku. W rękach trzymała liście i okręcała się wokoło, chcąc zobaczyć, co robi jej brat. Ona miała jasne włsoy, on pasiastą czapkę. Ucieszył mnie ich widok.

Zachwyciła mnie idea „babki”. To tradycyjne polskie ciasto, a jego nazwa oznacza również „babcię”. Kształtem przypomina wirującą w tańcu spódnicę. Mam nadzieję, że babcia Roksany nauczy mnie piec babkę. Mam też nadzieję, że znajdę spódnicę, która będzie wirować w tańcu.

Trzeciego dnia wybrałam się do poznańskiego museum. Było tam tyle obrazów, że pod koniec szumiało mi trochę w głowie, a wielka sala gier i zabaw wyglądała ogromnie zachęcająco. Można też było zobaczyć dużo nagiego ciała. Bardzo spodobali mi się Alfred Wiśniewski, Franciszek Jaźwiecki i Wojciech Weiss.

Poranek czwartego i piątego dnia spędziłam w dziale plakatu poznańskiego muzeum z Karoliną i Barbarą. Wyszukały dla mnie tyle książek do obejrzenia, a ja znalazłam tyle obrazów, którymi chciałam się zająć, że aż byłam zakłopotana, mówiąc im, ile rzeczy chcę skserować. Plakaty są fascynujące – taka mocna ideologia, takie potężne przesłanie na dwuwymiarowej kartce papieru. Właśnie czytam esej Susan Sontag “Posters: Advertisement, Art, Political Artifact, Commodity” (“Plakaty: reklama, sztuka, polityka, towar”) Mam nadzieję, że dzięki niej wpadnę na nowe pomysły do mojej pracy.