SINÉAD B. CASHELL

Moja dwudziestotrzydniowa rezydencja w Poznaniu toczyła się wokół wykładów, warsztatów i kartonowego placu zabaw z całym mnóstwem materiałów i przyborów dla zwiedzających, którzy budowali swoje własne miniaturowe światy. Interaktywna ekspozycja była częścią projektu „Ulice są nasze” będącego częścią festiwalu No Women No Art.

Pierwszy tydzień w Poznaniu spędziłam zwiedzając okolice, gubiąc się w mieście podczas śledzenia gołębi, uczestnicząc w obchodach dnia Świętego Marcina, przebierając stosy w sklepach z używaną odzieżą, robiąc zdjęcia, nagrywając na kamerę osoby sprzątające miasto, oglądając koziołki każdego dnia w południe, rozmawiając z Hannah, miejscowymi artystami, wolontariuszami MPRA i próbując bez większego powodzenia nauczyć się liczyć po polsku ku wielkiej uciesze portiera. Przechadzając się ulicami miasta nakręciłam cykl przypadkowych ścieżek dźwiękowych. Nagrałam przedmioty wybrane bez żadnej konkretnej logiki zaś w tle pojawiała się muzyka, która tworzyła przezabawną dramaturgię, na przykład kosz migających zabawek przy dźwięku syreny policyjnej albo pomnik kobiety, który obsiadły gołębie przy dudniącej w pobliskim barze piosence Rihanny „Only Girl (In The World)” (ang. Jedyna dziewczyna (na świecie)).

Zaintrygował mnie gęsty kolaż kontrastujących epok, styli, skali, zastosowań, stanu napraw i ruiny budynków oraz historii stojących za dawnymi decyzjami w stosunku do aktualnej rewitalizacji, która zakłóca zwykły ruch w mieście. Pełna pomysłów, wrażeń i pytań chciałam wyjść poza moje pierwsze skojarzenia i odkryć jeszcze więcej poprzez rozmowę i listopadowe budowanie miasta z mieszkańcami Poznania.

Aby do tego doszło razem z MPRA w School od Form zbudowaliśmy przestrzeń pełną kartonu, materiałów, narzędzi i przyborów do rysowania. Każdy mógł przyjść budować. Projekt napędzał się przez etos współpracy i uczestnictwa, to rozwijało chęć eksperymentowania i eksploracji. Powstała podstawa do improwizacji. Natychmiastowo pojawiające się pytanie „Co ja mogę z tym zrobić?” zachęcało do samodzielnej i wspólnej zabawy. Warsztat opierał się na wcześniejszym projekcie dla rodzin, który wymyśliłyśmy z Caragh O’Donnell w Belfaście w 2010 roku.
Oficjalne rozpoczęcie miało miejsce w School od Form siedemnastego listopada, podczas całodniowego warsztatu dla studentów architektury, na którym opracowany został plan miasta. Wykorzystując kartony wymieniliśmy doświadczenia dotyczące przestrzeni w Poznaniu i w naszych rodzinnych miastach. Po omówieniu kształtu i natury Poznania jako miasta zaczęliśmy budować. Studenci zdecydowali co i jak chcieliby zbudować, eksperymentując z przestrzenią, formą i strukturą. Skutkiem tego wesołego warsztatu powstał parking podziemny, miniaturka sklepu IKEA, pies i dwie wielkie kartonowe jaskinie.

Następnie, w Muzeum Narodowym odbył się warsztat dla dzieci. Oprowadzane przez Paulinę Broniewską i Sabinę Kiełczewską, dzieci poznawały obrazy miast znajdujące się w kolekcjach muzeum. Obrazy te stały sie inspiracją dla później powstałych własnych budowli uczestników warsztatów. Zaczynając z gładkim kartonowym pudłem w rękach, w ciągu godziny, dzieci zbudowały miasto pełne kolorowych budynków. Począwszy od domów o klockowatym kształcie (typowych tak dla dziecięcych rysunków, jak i dla poznańskich peryferii), przez misterne, wykładane kafelkami domki nadmorskie z basenem na dachu, aż do satyrycznych zamków, których rozbudowa została ograniczona przez unijne rozporządzenia budowlane.

Między warsztatami budowałam fantazyjne miejsca do zabawy dla najmłodszych inspirując się takimi obiektami, jak małe kioski czy stragany rynkowe, które codzienne mijane, notorycznie przyciągały moją uwagę. Współpracując z Kasią Wobszal, opierając się na jej opisie typowego mieszkania w bloku i rozmawiając o miejscach, w których mieszkałyśmy i o związku pomiędzy zmieniającymi się reżimami a architekturą, zbudowałyśmy dom dla lalek z ogrodem. Przez te rozmowy z wolontariuszami, studentami ze School of Form i uczestnikami warsztatów stworzyłam swój obraz ciągnących się kilometrami poznańskich peryferii. Celowo dopiero w ostatnich dniach mojego pobytu w Poznaniu udałam się tam, żeby porównać betonową rzeczywistość z jej kartonowymi i opisowymi odpowiednikami.

Każdego dnia kartonowych budowli było coraz więcej, budynki zmieniały swoje położenie i nadawały nowy kształt mieszaninie rzeczywistych i wymyślonych budynków. Uczestnicy wyrażali siebie zmieniając swoje otoczenie. Każdy nowy dodatek wywoływał kolejne rozmowy i pomysły, jaki powinien być kolejny konieczny element miasta. Doszło więc niebo i blokowiska, króliki i The Empire State Building, drzewa, domy, ruiny kamienicy i dom-małpa. W końcu studenci zaczęli wykorzystywać miasto do sesji zdjęciowej produktów, które przygotowywali na własne zajęcia.

Czasami ciągłe tłumaczenie podczas warsztatów dawało wrażenie jakby wyjścia z własnego ciała, ale wprowadziło też ono dodatkowy głos w dyskusji i inną przestrzeń do refleksji w każdej rozmowie. Jednak nawet bez tego samego języka nadal można było się bawić, np. rozumiejąc się wystarczająco, by cieszyć się wspólnym budowaniem i bawić się samochodami wyścigowymi nie znając słów, które używała druga osoba.

Projekt zakończył się wystawą połączoną z budowaniem i warsztatem dla dzieci z udziałem świetlicy środowiskowej Nibylandia. Wielką radością było obserwowanie przestrzeni zmieniającej się błyskawicznie pod wpływem grup dorosłych i dzieci, którzy w tym samym momencie spontanicznie dodawali budynki wzdłuż skomplikowanych, metodycznie skonstruowanych budowli, takich jak most wiszący nad foliową rzeką wypływającą z kranu domku dla lalek czy szpital z malutkim stołem konferencyjnym, klatką schodową i łóżkami z waty. Dzieci nie tylko budowały miasto, ale też bawiły się w nim, jeżdżąc zakładanymi samochodami na szelkach, sprzedając balonowe owoce na rynku czy grając w balonową siatkówkę. Nawet w kartonowej formie widoczne były sytuacje znane nam z życia codziennego, w których dwa rywalizujące domy wciąż dodawały dobudówki do swoich brył wypełniając je identycznymi stawami, zestawami do grillowania czy ogromnymi telewizorami, tak, by dorównać sąsiadom. W tym samym czasie, w innej części miasta, zupełnie niepostrzeżenie budynki pokryły się graffiti „EKSMISJE STOP!” a kot z psem po cichutku zniknęły.

Chciałabym podziękować wszystkim w MPRA i No Women No Art, School of Form i Muzeum Narodowemu w Poznaniu za ofiarowany przez nich czas, za tłumaczenia, za entuzjazm i wsparcie podczas mojej rezydencji.

Sinéad B. Cashell
2011

http://uncertainremains.wordpress.com/

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *